Z życia pisarki

Ja się tej publikacji jeszcze doczekam!

Z wydawaniem książek, to nie taka prosta sprawa. Oprócz umiejętności opowiadania historii potrzeba jeszcze jakiegoś obeznania na rynku, tony cierpliwości i, moim zdaniem, żelaznych zasad, których żeby nie wiem co, się trzymamy. Przez te zasady właściwie sama spaliłam wydanie kilku książek (albo tej samej w różnych wydawnictwach), ale ostatecznie myślę, że dobrze na tym wyszłam. Bo nawet jeśli mam czekać kilka lat na publikację, to ja się jej w końcu doczekam! Mocno w to wierzę.

Posłuchajcie historii o tym, jak nie wydałam książek z własnej winy. I o tym (uwaga spoiler), jak część z nich jednak doczekała się wydawcy. Uważam, że czasem warto poczekać, zamiast wydawać za wszelką cenę.

Jakie są więc te moje żelazne zasady, przez które czasem odpuszczam wydanie?

  1. Nie wydawać dla samego wydania, ale wydać dobrze.
  2. Nie dać się oszukać.
  3. To moja praca, a za pracę należy się zapłata.
  4. Być pewnym, że tekst jest wart wydania.
  5. Nie sprzedawać praw do tekstu.

Jest taka książka, której nie wydałam kilka razy (jakkolwiek dziwnie to brzmi, tak właśnie było) i ta książka zaliczyła aż cztery z powyższych punktów.

To była moja pierwsza książka dla dzieci jaką w ogóle napisałam. Po pierwszym wysłaniu do wydawnictw (około pięćdziesięciu) nie chciał jej nikt. Po drugim (ponad pół roku później) chciało jedno wydawnictwo, ale poprosili o dopisanie kolejnych historii żeby książka była grubsza. Nie miałam wtedy do tego przekonania i bałam się, że pisząc na ilość osiągnę złą jakość. Punkt czwarty zaważył i sama zrezygnowałam. 

W końcu jednak, znów kilka miesięcy później, wpadłam na pomysł trzech kolejnych opowiadań i dopisałam dalszą część. Dla pewności oddałam je do profesjonalnej redakcji i wysłałam jeszcze raz do wydawnictw. I co? I nic. Dalej nikt jej nie chciał.

Jakiś rok później znalazłam ilustratorkę, która zgodziła się wykonać kilka próbnych ilustracji i razem wysłałyśmy propozycję książki. I dalej nic, mimo że ilustracje były naprawdę świetne.

Kilka miesięcy później znów kolejna runda wysyłania i tym razem ktoś się zainteresował. Chcą wydać! Skakałyśmy do góry ze szczęścia. Do momentu aż zaczęły się rozmowy z wydawcą. Rozmowy rozwlekłe i bez konkretów, rozmowy z których wynikało, że mamy same z ilustratorką zrobić wszystko, a potem wydawnictwo sobie wykupi prawa do tekstu. Rozmowy, w których nie traktowano nas poważnie. Dla nas obu to zalatywało oszustwem i filozofią „wydać byle było, nie ważne czy dobrze” (więc w sumie aż trzy punkty zaliczone) i sobie darowałyśmy.

I ja już odpuściłam trochę ten tekst. Już więcej nie wysyłałam. Od napisania tej książki minęło w końcu trzy lata. Stwierdziłam, że może nie jest wystarczająco dobra. 

Ale ilustratorka się nie poddała i dzięki temu w końcu znalazłyśmy wydawcę! Dobrego, uczciwego, który od początku rozmawia z nami z szacunkiem i oferuje normalne warunki. Warto było te trzy lata czekać, zamiast wydawać byle gdzie. Książka jest w trakcie prac, to dopiero etap początkowy, ale w końcu to się dzieje!

Książka druga, na której ogromnie mi zależało. W pewnym sensie nawet osobista, bo przelałam w nią moje wspomnienia z dzieciństwa i ubrałam w opowiadania pełne wyobraźni i dziecięcego patrzenia na świat. Kochałam te teksty, serio. Dwa wydawnictwa były nimi wstępnie zainteresowane, ale w końcu zrezygnowały. Potem znów podobna sytuacja w trzecim wydawnictwie, prawie rok później. Chciałam ją wydać bardzo i zastanawiałam się, czy nie zacząć wysyłać tego do wydawnictw, które nie słyną z wielkiego wybrzydzania i jest spora szansa, że by ją wzięły. Ale… czy nie szkoda by mi było tego ukochanego tekstu? No szkoda by było. Bo gdybym wydała go w jednym z takich wydawnictw, to pewnie książka ani by nie była dopracowana, ani nikt by o niej nie usłyszał. Powstrzymałam się i zacisnęłam zęby. Zamiast tego dopisałam pozostałe trzy części, które planowałam od początku, ale cały czas czekałam z pisaniem aż ktoś weźmie tę pierwszą. I znów warto było czekać. Książka stanie na półkach w przyszłym roku, i już wiadomo, że pojawi się też jej kontynuacja. Cieszę się, że się nie złamałam i nie wysłałam jej do wydawnictw o podejrzanej opinii.

Z kilku tekstów zrezygnowałam sama i nawet ich już nie wysyłam. Nie chcę ich wydać bo teraz widzę, że są za słabe, zbyt przeciętne. Lepiej żeby sobie dalej leżały w szufladzie. I wcale mi ich nie szkoda. Lepiej żeby sobie tam tkwiły i służyły mi jako porównanie dla lepszych tekstów, niż żebym miała się ich kiedyś wstydzić.

Mam jeszcze kilka książek na dysku, które skończone czekają na publikację. Ale nikt ich nie chce. Tyle że ja w nie dalej wierzę i wierzę, że są dobre. Więc ja się ich publikacji jeszcze doczekam! Za rok, dwa, trzy – ale się doczekam. Założymy się? 😉

Nauczyłam się cierpliwości, która pozwala mi to oczekiwanie przetrwać, nie pozwala robić głupot i nie pozwala łamać żelaznych zasad.

Jeśli ktoś z Was chce wydać książkę, mam dla niego dwie rady – ustalcie sobie swoje żelazne zasady i nauczcie się cierpliwości, a dobrze na tym wyjdźcie. Czasem nie wydanie książki, to większe osiągnięcie niż jej złe wydanie. Bo nasz rozsądek wziął górę nad próżnością, bo nie daliśmy się oszukać, bo zadbaliśmy o naszą książkę, żeby jej nikt nie zepsuł, bo zadbaliśmy o to, żeby kiedyś się nie wstydzić własnego nazwiska na okładce.

komentarze 3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.